boski

(nie)boskie dylematy

233

4 komentarzy

Niestety Boski w piątek się załamał.
Złe samopoczucie, zmęczenie, senność sprawiły, że nie wytrzymał.
Zadzwonił do mamuśki, powiedział co się stało, że dostaje do głowy i nie da rady.

Gdy wrócił z roboty mamuśka i brat byli już u niego. Spakował walizę i jako pasażer, świerszczem, wrócili do domu [brat swoim autem].

Dziś się regeneruję. Bardzo powoli.
Fakt, że do Warszafffki będzie trzeba jeździć co 2 tygodnie nie pomaga.
Jednak kożelanka szefowa napisała, że ‚w ramach bezpieczeństwa’ do Wawy nie będę jeździć samochodem.
Z jednej strony rozumiem, z drugiej trochę to dla mnie śmieszne – skoro mogłem się zabić będąc przekonany, że jestem bezpieczny to równie dobrze mogę się zabić na prostej drodze do Wawy albo przechodząc na drugą stronę ulicy…

MOB już się wkurza moim czarnowidztwem, potrzebuję sposoby aby przestać go uprawiać i przestać się przejmować i przestać wymyślać problemy, które w danej chwili nie istnieją…

Poza tym tak strasznie chce mi się spać…

232

2 komentarzy

Pomimo wczorajszych przygód Boski wstał rano starając się patrzeć optymistycznie na świat.

Wszystko było ładnie pięknie, wsiadł rano w samochód i z myślą zahaczenia o stację celem kupienia żarówki ruszył do pracy.
Ledwo wyjechał na główną drogę, zauważył, jak pan Hilary, że ma okulary założone na nosie.
Można o soczewkach zapomnieć gdy myśli się o czym innym. Spoko taki ślepy jeszcze nie jest.
Jakieś 100m przed stacją, stojąc na światłach jakiś młody przystojniak w niebieskim fordzie czy chuj wie jakim wypasionym aucie, trąbnął. O, czyżby mnie chciał poderwać? A nie, poinformował, że w przednim kole nie mam powietrza.
No nic, Boski zajechał na stację, kupił żarówkę, napompował koło a koło najwyraźniej chciało powiedzieć coś brzydkiego, bo uparcie gadało "ssssssssssssssssssssssssssssssssssssss………".
Fajnie, koło do wymiany.
Na szczęście sprzęt w samochodzie jest. Boski wziął klucz i próbuje śruby odkręcić. Śruby niestety ani drgnęły. Więc Boski postanowił doturlać się do pracy, bo to jakieś 10 minut drogi, tam są chłopaki to może pomogą.
Z kapciem się doturlałem, przyszedł kolega z jakości i pomógł wymienić koło na zapasowe.
Pomógł w sensie, że wszystko za Boskiego zrobił, bo Boski to sierota kompletna jak widać.

Dzień sobie minął szybko i dość pracowicie. Wypad na szkolenie na sąsiedni oddział, powrót, na miejscu papierki itepe.
Czas do domu.

Boski ucieszony, że jeszcze jeden dzień został, wsiadł w samochód i ruszył do domu, po drodze postanawiając zatankować LPG.
Ruszył dalej. Akurat mijał centrum handlowe w Jankach gdy stwierdził, że coś samochód na prawą stronę ciągnie. Ujechał jeszcze jakiś kawałek, po czym zjechał na pobocze.
Wysiadł. Może kolega krzywo koło przykręcił? Nie, koło ładnie wygląda, wręcz idealnie, oględziny ciąg dalszy.
Po drugiej stronie za to FLAK.
Koła zapasowego oczywiście brak, bo przecież jest już założone.

Boski miał dość. Zadzwonił do szefowej, ta zadzwoniła do sąsiada. Sąsiad po pracy pojedzie z drugim skombinować drugie koło i przyjadą wymienić.
Za radą szefowej Boski podjechał na awaryjnych na najbliższą stację, samochód zostawił na parkingu, poszedł na przystanek i do domu wrócił autobusem.

MAM KURWA DOŚĆ!
Czy ktoś mi wytłumaczy dlaczego mi się takie rzeczy zdarzają? Ja rozumiem, jakbym jeździł nieprzepisowo tak jak większość tych pierdolonych kierowców w tej stolicy, ale kurwa uważam na każdym skrzyżowaniu [wolę 5 minut poczekać i jechać jak jest niemal zupełnie czysto aniżeli się władować... no ale przecież ja lubię wymuszac pierwszeństwo, co wczoraj udowodniłem], trzymam się ograniczenia prędkości [chyba, że droga prosta i pusta to sobie pozwolę jechać szybciej ale też bez przesady] ale kurwa nie, musiałem się wpierdolić jakiemuś ciulowi, którego nie zauważyłem a który jakby jechal wolniej to może by nie miał tak obitego samochodu a ja BYĆ MOŻE całe opony.

I chuj kurwa.

A rano jak się żaliłem MOBowi to stwierdził, że przesadzam. Ciekawe czy dalej myśli, że przesadzam.

231

Brak komentarzy

Postanowiłem wyjechać pół godziny przed planowanym szkoleniem, mimo iż druga hala znajduje się 5 minut [samochodem] od tej, na której zwykle siedzę.

Wyjeżdżając z podjazdu widziałem jak śmignął mi przed oczami jakiś samochód, patrzę w lewo – nic nie jedzie, ruszam, potem tylko jakiś huk i kątem oka kolejny samochód śmignął. Zatrzymał się na znaku ‚zakaz parkowania’ a nawet centralnie nad nim, bo znak się ‚położył’.
Koleś wysiadł z samochodu i zaczął iść w moją stronę. Wyłączyłem silnik, światła, odpiąłem pas i wysiadłem. Zapytałem kolesia czy nic mu nie jest, odpowiedział, że nie.
Potem zaczął cykać fotki, zadzwonił po policję [bo bez nie chciał tego załatwić, bo kiedyś miał jakieś szopki z ubezpieczycielem].
Wszystko na spokojnie bez nerwów, przez tą prawie godzinę czekania na gliny pogadaliśmy, nawet żartowaliśmy.
Policja przyjechała, też dwóch sympatycznych niebieskich, żarcikami rzucali.
Spisali co trzeba, dostałem mandat 500zł i 5 punktów.
Na pytanie, czy nie może mi za brak pasów dać mandatu odpowiedział "Panie, tutaj jest sytuacja tak klarowna, jak ten szyld co stoi" – na to wyparowałem: "Dobrze, że nie jak ten znak co pod samochodem leży…"

Tak wina była moja. Mogę teraz się usprawiedliwiać, że gdyby nie zaparkowana skoda, to by nic się nie stało bo miałbym lepszą widoczność, że gdybym chciał wymusić, to bym wyjechał przed kolesia a nie w środek jego samochodu [teraz można pytać ile miał na liczniku, skoro w środek samochodu mu uderzyłem a on się zatrzymał dopiero kilka metrów dalej kasując przy okazji znak drogowy] w końcu samobójcą nie jestem [chyba].
Grunt, że nikomu nic się nie stało. A przynajmniej mam nadzieję, że kolesiowi nic się ‚nagle’ nie zrobi i mnie po sądach nie będzie targać ;/

Mój świerszczyk stracił tylko szkło na lewym migaczu i dolnych światłach [przeciwmgielnych?]. No i lewy migacz nie dziala.
Znowu muszę sąsiada prosić o pomoc z samochodem, może podjedzie ze mną do jakiegoś znajomego mechanika, a jak nie to będę musiał sobie radzić jakoś sam…

A najgorsze, że jestem z dala od domu i nawet specjalnie nie mam się komu wyżalić [sąsiedzi i koledzy w pracy wychodzą z założenia, że wszystko jest ok, bo przecież to tylko migacz... niestety mój stan psychiczny jest w tej chwili dość chwiejny ale z tym też SAM muszę sobie poradzić...]

Na odchodnym do panów policjantów powiedziałem "Mam nadzieję, że się więcej nie zobaczymy…"
Po chwili się zrehabilitowałem i dodałem "No, chyba że na kawie…"

P.s. sąsiad zajrzał, na szczęście tylko żarówka do wymiany. Jutro będę musiał kupić i pomalować pomarańczowym lakierem… W sobotę do domu, jeszcze tylko dwa dni wytrzymać…

230

2 komentarzy

Odwiedziłem dzisiaj kożelanki w starej pracy w jednym z oddziałów.

Głośno powiedziały co myślą o Panu i Władcy i pogratulowały mi wyrwania się z jego szponów.
"Jesteś za młody aby tutaj wegetować".

Podobno wszyscy mają ubaw z mojego pożegnalnego mejla.
"Niby grzecznie napisałeś ale szpilę i tak wbiłeś" :)

No więc poniżej jego treść [lekko zmodyfikowana ;)]

"Witam wszystkich serdecznie!
 
Jak zapewne wiecie moja praca w XYZ dobiega końca.
Dzisiaj jest mój ostatni dzień w XYZ.
Chciałbym podziękować za (w większości miłą ;))
współpracę i zdobyte doświadczenie oraz życzyć wszystkim samych sukcesów
zawodowych.
 
I jeszcze coś, co kiedyś usłyszałem od bliskiej mi
osoby: "Kto nie ryzykuje ten nic nie ma", dlatego nie bójcie się chwytać okazji,
które los stawia na Waszej drodze :)))
 
Pozdrawiam
BOSKI
 
St. Insp.
Pielęgniarka (nie)wykwalifikowana
Główny Rachmistrz ds. rachunkowości
NZOZ
Sprzątaczka
Goniec
Hostess(a) ;)
Sekretar(ka)z ;)
Pracownik AB
Specjalista ds. nieokreślonych"

229

2 komentarzy

Powrót świerszczem z Warszaffffki zniosłem bardzo dzielnie.
Nawet pomimo tego, iż w Częstochowie posłuchałem GPSa i pojechałem jak on chciał, przez co zostałem wyprowadzony na manowce [droga rzeczywiście była szybka i wygodna, prawie zero samochodów. Szkoda tylko, że w kluczowym momencie była zamknięta przez co musiałem się nagimnastykować w poszukiwaniu objazdów, bo w takim przypadku gpsa można se w dupencję wsadzić z tym jego 'jeśli to możliwe - zawróć!'].

Ogólnie praca wygląda tak, że jestem w domu i robię co mi tam szefowa kożelanka zaplanuje/powie. Na firmy też jeżdżę ale póki co miałem takie 2 dni, że musiałem pojechać, posiedzieć, coś tam porobić. Nic strasznego.

Fajnie nie?

Ano fajnie, tylko się cały czas zastanawiam, gdzie się podziały wszystkie kolory…

Jedyny minus na chwilę obecną to taki, że w przyszłym tygodniu znowu muszę jechać do Warszaffffki na 1,5 tygodnia i tutaj mogę z czystym sumieniem powiedzieć: szczęśliwy to ja się TAM nie czuję.

Szopenowa kożelanka powiedziała "Siedziałeś 5 lat za biurkiem. Nie dziw się, że nie umiesz się przestawić".
No ale teoretycznie jest mi lepiej, więc o co chodzi???


  • RSS